Rurociągowe dno kaukaskich konfliktów
Wśród strategicznych interesów Rosji na Kaukazie można było w roku 1994, w przededniu wybuchu wojny w Czeczenii, wydzielić trzy najważniejsze.
Pierwszy to obrona integralności Rosji w jej federacyjnej postaci.
Drugi - utrzymanie kontroli nad czeczeńskimi zasobami ropy naftowej i unikalnym
w skali europejskiej kompleksem zakładów przeróbki ropy.
Trzeci - zachowanie kontroli nad rurociągiem tranzytowym do transportu ropy,
biegnącym przez terytorium Czeczenii.
Zagrożenie każdego z tych interesów mogło stanowić wystarczającą przyczynę wybuchu wojny. Z kolei wszystkie pozostałe aspekty stosunków Rosji z Czeczenią, zwłaszcza gospodarcze, nie miały dla ekonomiki Federacji Rosyjskiej istotnego znaczenia. Mogą o tym świadczyć losy wszystkich pozostałych zakładów przemysłowych w republice, za wyjątkiem rafinerii. Z 44 najważniejszych pozostały tylko ruiny. W tym z największych zakładów metalurgicznych "Krasnyj Mołot", który przed wojną zaopatrywał 40 państw w zawory do przemysłu gazowego i naftowego oraz w wieże wiertnicze. "Krasnyj Mołot" jako jedyny w byłym ZSSR produkował metodą odlewniczą pompy dla przemysłu naftowego, które wytrzymywały 35 lat eksploatacji. Rosja, dysponując możliwością uruchomienia analogicznej produkcji na własnym terytorium, doszczętnie zniszczyła zakłady w Groznym już w pierwszych tygodniach wojny.
Mimo chaosu, w jaki pogrążał się Związek Sowiecki u schyłku prezydentury Gorbaczowa, Rosja próbowała zachować kontrolę nad przebiegiem wydarzeń w zbuntowanej Czeczenii. Na czele największych powstających po sierpniowym puczu 1991 roku czeczeńskich ugrupowań politycznych stanęli aparatczycy związani w przeszłości z sowieckim przemysłem naftowym: Jaragi Mamodajew i Sałambek Hadżijew, były minister nafty i gazu ZSSR. Na forum Kongresu Narodu Czeczeńskiego, rodzaju pierwszego wolnego parlamentu, a nawet do jego władz, zostali wprowadzeni politycy promoskiewskiej orientacji. Zdołali oni przeniknąć do najbliższego otoczenia prezydenta, znaleźli się wśród deputowanych czeczeńskiego parlamentu i ministrów rządu utworzonego przez Dudajewa. Zakulisowe, a później otwarcie wrogie działania tych osób przyczyniły się do permanentnego kryzysu politycznego w republice i paraliżu ekonomiki państwa.
Pojawienie się na scenie politycznej Dżochara Dudajewa było zapewne również związane z rachubami Moskwy, dla której lojalność generała wydawała się nie ulegać kwestii. Podobnie jak w sąsiedniej Inguszetii bohater z Afganistanu, generał Rusłan Auszew, Dudajew miał być silnym człowiekiem, który pokieruje wydarzeniami w republice zgodnie z interesami Moskwy. W szczególności - zapewni bezpieczeństwo funkcjonowania ważnych dla Rosji zakładów przetwórstwa ropy naftowej i rurociągów tranzytowych.
Nieoczekiwanie, gen. Dudajew stał się wyrazicielem poglądów najbardziej radykalnych ugrupowań czeczeńskich zmierzających do niepodległości. Bezpieczeństwo rurociągów naftowych i możliwość korzystania z tranzytu ropy naftowej stały się dla czeczeńskich władz ważną kartą przetargową. W tej sytuacji Rosja zdecydowała się na siłowe obalenie reżimu Dudajewa, którego niepodległościowa retoryka potencjalnie zagrażała status quo na całym Kaukazie.
Realizując swoje strategiczne i geopolityczne interesy, Rosja nie musiała uciekać się do rozpętania wojny. Co popchnęło Jelcyna do tego fałszywego kroku? Można wymienić kilka prawdopodobnych przyczyn.
Spodziewano się zapewne, że skarcenie wojowniczego Dudajewa podniesie podupadły prestiż Rosji jako mocarstwa. Błyskotliwie przeprowadzona operacja mogłaby też pomóc w przezwyciężeniu skutków "syndromu afgańskiego" w armii. Trzeba pamiętać, że Afganistan ciągle jeszcze był dla rosyjskiej armii czynnikiem takiej samej destrukcji, jak wcześniej Wietnam dla armii Stanów Zjednoczonych. I wreszcie, niemniej ważny efekt uboczny "małej, zwycięskiej wojny" - odwrócenie uwagi społeczeństwa Rosji od kolosalnych problemów codziennego życia.
Niezależnie od tego, co o Czeczenii myślał sam Jelcyn, każdy z polityków rosyjskich w zakresie problemu czeczeńskiego działał mając na uwadze tylko własne interesy polityczne. Czeczeńscy renegaci - Hadżijew, Awturchanow, Zawgajew - przekonywali Jelcyna, że reżim Dudajewa zawali się przy pierwszym silniejszym uderzeniu. "Prezydent i my wszyscy byliśmy częściowo dezinformowani - twierdzi Siergiej Fiłatow, szef administracji prezydenta Rosji. - Przede wszystkim, jeśli chodzi o zdolność bojową dudajewskich oddziałów i przygotowanie do takiej akcji armii rosyjskiej".
Rusłan Auszew, prezydent Inguszetii: "Co miał robić prezydent, skoro wszyscy siłowi ministrowie mówili mu - naprzód! W dwie godziny zaprowadzimy porządek! To go właśnie złamało". Tą samą drogą, co wcześniej Jelcyn, poszedł w roku 1999 ówczesny premier Władimir Putin.
Naftowy ślad
Dla Moskwy niewątpliwie najważniejszy w Czeczenii był przed rozpętaniem wojny przemysł związany z przetwórstwem ropy naftowej. W Groznym znajdowały się cztery rafinerie, jedne z największych na obszarze byłego Związku Sowieckiego. Ropa płynęła do nich z Kazachstanu, rurociągami z rejonu Guriewskiego i Mangyszłaku, oraz z Tiumeni. Czeczenia produkowała 90 procent olejów lotniczych Rosji, towaru o znaczeniu strategicznym. Naftowym interesom nie przeszkodził nawet konflikt z Dudajewem. Od 1991 do 1994 r., kiedy Czeczenia formalnie znajdowała się w pierścieniu blokady gospodarczej, groznieńskie rafinerie otrzymały z Rosji od 20 do 30 milionów ton ropy. Rafinerie, szyby naftowe i rurociągi były oszczędzane w czasie działań bojowych przez obie strony.
Wydobycie ropy naftowej w Czeczenii to zaledwie 1 procent wydobycia rosyjskiego, za to miejscowa ropa jest najlepsza w Rosji i nie ustępuje kuwejckiej. W Groznym znajdują się studnie o głębokości kilkunastu metrów, po prostu wykopane w ziemi i ocembrowane deskami, z których czerpie się naturalny kondensat naftowy zawierający tyle benzyny, że można go bez destylacji wlać do baku samochodu i jechać. O ile z ciężkiej tiumeńskiej ropy można uzyskać kilka procent benzyny, to z ropy czeczeńskiej - do trzydziestu! Na światowych rynkach jej tona kosztowała w 1994 r. 125 USD. Dobowe wydobycie wynosiło 3,5 - 4 tysiące ton, czyli czeczeńska ropa była warta pół miliona dolarów na dobę. W skali Rosji nie są to oszałamiające pieniądze, ale Czeczenia, której powierzchnia wynosi zaledwie 14 tysięcy km kw., za dochody z wydobycia i przeróbki ropy może żyć dostatnio.
W 1991 r. Czeczenia wydobyła 4,8 mln ton własnej ropy naftowej. Nowo odkryte zasoby szacowane są na 50 mln ton. Najważniejsze jednak znaczenie miał fakt, że Czeczenia mogła kontrolować strategicznie ważny rurociąg naftowy o przepustowości 17 mln ton rocznie, łączący Morze Kaspijskie z czarnomorskimi portami. W pobliżu Groznego zbiegały się nitki rurociągów naftowych z Azerbejdżanu i Kazachstanu. Bez względu na istnienie licznych alternatywnych wariantów transportu ropy na eksport z rejonu nadkaspijskiego, najbardziej opłacalny był transport systemem istniejących rurociągów: Astrachań - Grozny - Tichorieck lub Baku - Grozny - Tichorieck. Ominięcie Czeczenii było kosztowne. Budowa nowych rurociągów w rejonie kaspijsko - czarnomorskim zwiększała ogólną cenę transportu ropy na eksport dwukrotnie w porównaniu ze stanem sprzed wojny.
Dwa miesiące przed rozpętaniem w grudniu 1994 r. wojny w Czeczenii Rosja podpisała "kontrakt stulecia" na transport ropy naftowej z kaspijskiego szelfu do portów czarnomorskich. Kontrakt opiewał na dostawę w ciągu 30 lat 4 mld baryłek ropy (500 mln ton). Koszt zachodnich inwestycji miał wynieść prawie 8 mld USD, spodziewany zysk zachodnich udziałowców, m.in. British Petroleum i Amoco - 34 mld USD. Były to pieniądze warte każdej wojny.
Rosja chciała też zerwać plany tranzytu azerbejdżańskiej ropy przez Gruzję, bądź Turcję i Iran. Znamienne, że 29 września 1995 r., na dwa dni przed wizytą w Tbilisi premiera tureckiego rządu pani Tansu Ciller, dokonano zamachu bombowego na Eduarda Szewardnadze. Rozmowy miały dotyczyć rurociągu z Azerbejdżanu do Batumi, którym płynęła ropa naftowa do Turcji.
Rosja chce nadal kontrolować wszystko, co w regionie Morza Kaspijskiego związane jest z wydobyciem i transportem ropy naftowej. Zdaniem Kremla żaden rurociąg nie powinien omijać terytorium rosyjskiego. Warto w związku z tym przytoczyć wypowiedź gen. Aleksandra Lebiedzia z sierpnia 1996, dotyczącą odłożonego do roku 2001 statusu Czeczenii: "Co będzie za pięć lat? To będzie zależeć również od Rosji. Teraz powstał problem, którędy pójdzie rurociąg naftowy. Jeśli rura pójdzie przez Czeczenię na Noworosyjsk, to Czeczenia nigdzie od nas nie odejdzie. Będzie przywiązana do rury na całą resztę życia. Nawet jeśli spróbuje kiedyś zachowywać się nie tak jak należy, skarci ją od razu wiele państw, przy czym bardzo surowo".
Wojna totalna
Początkowo wojna z Rosji z Czeczenią rozpętana w grudniu 1994 r. nie miała charakteru totalnego, jednak z czasem skala działań bojowych rosła, osiągając w toku bitwy o Grozny charakter który można określić totalnym. Miasto zostało skazane na całkowitą zagładę, bez względu na obecność w nim dziesiątków tysięcy ludności cywilnej - i plan ten został skrupulatnie w krótkim czasie wykonany. Poza niewielką enklawą dzielnic zamieszkanych głównie przez ludność pochodzenia rosyjskiego oraz kompleksu zakładów przeróbki ropy naftowej - wskutek ostrzału artyleryjskiego i bombardowań lotniczych zabudowę stolicy doszczętnie zniszczono. Do tego stopnia, że ani jeden budynek nie pozostał nieuszkodzony.
Bez wątpienia ówczesny ostrzał kompleksu rafinerii w Groznym miał charakter pozorowany. Oglądałem największe zakłady przeróbki ropy naftowej im. Szeripowa tuż po zakończeniu działań wojennych we wrześniu 1996 r. zniszczenia dotyczyły zaledwie kilku zbiorników na ropę, położonych na uboczu. Linie technologiczne, mimo kilkuletniego zaniedbania, można było w krótkim czasie uruchomić. Czeczeńcy nie potrafili jednak tego zrobić.
Przyczyna była prosta: cały personel kierowniczy i inżynierski rafinerii składał się z Rosjan. Ludzie ci w komplecie opuścili Czeczenię. Czeczeńcom, nawet takim którzy przepracowali w rafineriach wiele lat, brakowało wiedzy dla uruchomienia skomplikowanych procesów technologicznych. Samych olejów lotniczych robiono w Groznym 25 rodzajów. Władzom republiki wydawało się, że Rosja będzie zmuszona odnowić współpracę w tym zakresie, gdyż bez czeczeńskich olejów stanie rosyjskie lotnictwo. Nadzieje te okazały się złudne. Istotą procesu technologicznego był tutaj bowiem nie surowiec, choćby nawet najlepszy, tylko komponenty, w całości wytwarzane w zakładach rosyjskich.
O ile w pierwszej wojnie Rosjanie oszczędzili nie tylko rafinerie, ale także elektrownie, o tyle w drugiej, która wybuchła jesienią 1999 roku i trwa do dzisiaj, zaczęli od uderzeń właśnie na te obiekty. Zamysł był jasny. Po pierwszej wojnie Kreml liczył się z tym, że republikę uda się w jakiejś formie włączyć do wspólnej przestrzeni gospodarczej, odbudowywanej mozolnie na gruzach sowieckiego imperium. Wybuch kolejnej wojny uświadomił moskiewskim politykom, że na obustronnie korzystną koegzystencję nie można liczyć. Zapadła decyzja o zniszczeniu całej infrastruktury republiki.
Czeczenia z eksportera energii elektrycznej i produktów naftowych miała stać się odbiorcą tych dóbr, całkowicie uzależnionym od Rosji.
Przed wybuchem pierwszej wojny Czeczenia produkowała dziennie 750 MW energii, a szczytowe zużycie dobowe wynosiło 520 MW. Resztę sprzedawano. Już po zakończeniu działań wojennych osiągnięto porozumienie z Gruzją w sprawie zaopatrzenia w prąd Tbilisi. Nietrudno sobie uświadomić jaką nerwową reakcję wywołała ta perspektywa w Moskwie, która usilnie dążyła w owym czasie do opanowania gruzińskiej energetyki co w końcu zostało uwieńczone sukcesem. Dzisiaj Tbilisi zdane jest na kaprysy szefa RAO "Energia" Anatolija Czubajsa, a raczej tego człowieka, w którego rękach Czubajs jest marionetką.
Los Czeczenii przypieczętowała budowa nowego rurociągu naftowego z kaspijskiego szelfu do Noworosyjska, który omija terytorium niepokornej republiki. Z tą chwilą stary rurociąg, biegnący w pobliżu Groznego, przestał być potrzebny. Kiedyś, w 1996 roku na froncie pod Szatojem, zapytałem Adriana Riażewskiego, rosyjskiego ochotnika w czeczeńskich szeregach, wysokiej klasy oficera-artylerzysty z elitarnej dywizji kantemirowskiej, dlaczego rosyjska armia zatrzymała się u podnóża gór, pozostawiając wygodne zaplecze dla żołnierzy Dudajewa. Odpowiedział krótko: "Nużna była truba". Potrzeby był rurociąg.
Czerwone karty historii
Od zawsze imperia stosowały terror wobec nieposłusznych. Silni zadawali gwałt słabym, państwa stosowały krwawą przemoc, aby realizować własne cele. Słabi szukali swej nadziei w terroryzmie.
Przykłady terroru państwowego, instytucjonalnego, plamią na czerwono karty historii. Oto lata Wielkiego Terroru po Rewolucji Francuskiej, kiedy czas odmierzał łoskot gilotyny. Oto usmirenije polskich powstań przez carskie armie i tych wszystkich bandytów w mundurach: Suworowów, Paskiewiczów, Murawiowów-Wieszatieli. Oto hekatomby dwóch zdegenerowanych totalitaryzmów, bolszewickiego i hitlerowskiego. Oto holokaust przełomu XX i XXI wieku krwawa łaźnia w Czeczenii. Każdy przejaw terroru posiadał swoją specyfikę, ale wszystkie sprowadzały się w istocie do jednego: władcy bądź zwycięzcy uruchamiali maszynkę do mięsa, w której mielono niepotrzebnych bądź niepokornych. Zawsze to samo, czy maszynka kruszyła kości powstańców z Wandei, oficerów w Katyniu, czy akowców w więzieniach PRL.
Terroryzm również realizował się zawsze w podobnych formach, niezależnie od czasu i miejsca na ziemi. Desperat zabijał kogoś, w kim skupiała się cała nienawiść do wroga, starając się ugodzić najcelniej i najboleśniej. Najczęściej - nieskutecznie.
Terroryzm stosowano, aby osiągnąć cele sprawiedliwe i szlachetne, przynajmniej w oczach tych, którzy się do niego uciekali. Często trudno im odmówić racji, w wielu przypadkach nikt nie jest uprawniony, aby cel i metodę terroryzmu zanegować nawet w imię zasad nadrzędnych. Czy nie jest usprawiedliwiony terror powstańców algierskich walczących o wyzwolenie kraju od kolonialnej Francji? Czy dla Żydów są przestępcami Menachem Begin, Golda Meir i Mosze Dajan, zwalczający dynamitem Brytyjczyków w Palestynie? Czy dla Czeczeńców jest terrorystą Szamil Basajew, który spędził do szpitala w Budionowsku kilka tysięcy zakładników - po to, aby zatrzymać barbarzyńską wojnę rozpętaną przez Rosję? A skoro ją zatrzymał - to czy jest terrorystą w oczach reszty świata?
Jest jednak pewna szczególna, odrębna droga terroryzmu, która - biorąc swój początek w zamierzchłych czasach, a wytyczona w wieku XIX, zaprowadzi nas na zgliszcza World Trade Center w Nowym Jorku. To nurt terroryzmu, którego podłożem jest nihilizm. I nieważne, że w pewnym okresie dziejów był to nihilizm rewolucyjny, a w innych czasach może to być równie groźny i tak samo ortodoksyjny nihilizm religijny. Oba są tymi samymi ideologiami śmierci, dwiema stronami tego samego medalu, są swoim lustrzanym odbiciem.
Schyłek XIX w. obfitował w głośne zamachy terrorystyczne, których doświadczyła większość krajów Europy. Sprawcami byli zwykle anarchiści. W 1893 r. do sali obrad francuskiego parlamentu wrzucono bombę nafaszerowaną gwoździami. W rok później zamordowano w Lyonie prezydenta Francji, Sadi Carnota. W 1897 r. zginął w zamachu hiszpański premier Canovas del Castillo, w 1898 r. zamordowano cesarzową austriacką Elżbietę, w 1900 r. króla włoskiego Humberta I, w 1901 r. prezydenta Stanów Zjednoczonych Willama Mac Kinleya. Były to jednak przejawy pobocznych odnóg terroryzmu; główny nurt od dawna nieubłaganie wzbierał w carskiej Rosji. A tam - rozwijał się na specyficznej pożywce nihilizmu, osadu dziejowego od zarania zasnuwającego życie tego "państwa ciemności", jak pisał Dobrolubow.
Przed moralnym niebezpieczeństwem dla kultury Zachodu, płynącym z Rosji, ostrzegał w 1863 r. Jules Michelet. "Musimy uważać Rosję w całości tymczasem po prostu jako siłę, siłę barbarzyńską, świat bez prawa, świat wrogi prawu, a który w tym względzie nie czyni żadnego postępu, przeciwnie cofa się wstecz i nawraca do barbarzyństwa starożytnego, świat, który przyjmuje cywilizację nowoczesną tylko po to, aby wprowadzić rozkład do świata zachodniego i zabić samo prawo".
Takie oto dziedzictwo dostało się państwowym strukturom nowej, bolszewickiej Rosji. WCzK, GPU, NKWD, KGB - były w istocie organizacjami siejącymi najskrajniejszy terror, nieznany zapewne wcześniej w dziejach ludzkości. Przy czym nie tylko terror w jego urzędowej, zbiurokratyzowanej postaci; stały się rozsadnikami terroryzmu, skierowanego przeciwko głównym wrogom Sowietów - Zachodowi i Ameryce.
Nici powiązań najważniejszych organizacji terrorystycznych działających w Europie - włoskich Czerwonych Brygad, niemieckiej Rote Armee Fraktion czy Baader-Meinhof - nieodmiennie prowadziły do Moskwy. Najgroźniejszym zjawiskiem lat 80. stawał się jednak terroryzm palestyński. W tym przypadku również nikt nie miał wątpliwości, kto jest jego protektorem. ZSSR nawet tego nie skrywał. Działy się rzeczy paradoksalne: Rosjanie wymordowali dwa miliony ludzi w muzułmańskim Afganistanie, a terroryści arabscy atakowali ambasady i instytucje Stanów Zjednoczonych, które dostarczały afgańskim mudżahedinom rakiety "Stinger". Czy był to tylko przejaw ślepej nienawiści? Bynajmniej. Nienawiść została skutecznie i bardzo precyzyjnie zaprogramowana. Trudniła się tym ogromna struktura, której jednym z ogniw był słynny Uniwersytet Przyjaźni Narodów imienia Patricea Lumumby w Moskwie.
Skażeni śmiertelną chorobą
Przebywając w Czeczenii jako dziennikarz podczas pierwszej wojny z Rosją, spotkałem kilku arabskich ochotników, walczących po czeczeńskiej stronie. Ich dowódcą był emir Hattab. Czasem przysyłał do różnych oddziałów swoich ludzi, dobrze wyszkolonych w obsłudze specjalistycznego sprzętu - ręcznych wyrzutni rakiet przeciwlotniczych "Stinger", przeciwpancernych wyrzutni rakietowych "Fagot", automatycznego granatnika AGS, w pracach minerskich. Któregoś dnia na placówce w górach pod Szatojem poznałem Araba z Egiptu, który przedstawił się jako Abd-assabur, Niewolnik Allaha. Było to imię przybrane na świętą wojnę, Dżihad.
Abd-assabur był zwolennikiem zwalczania Rosji przy pomocy trotylu, na rosyjskiej ziemi. Wyszkolił się w jednym z obozów w Afganistanie. Rozmawiając z nim uświadomiłem sobie, że ci ludzie, z taką odwagą stojący przeciwko rosyjskim czołgom i samolotom, w istocie kierują się pobudkami być może całkowicie obcymi dla Czeczeńców, którzy prowadzą walkę narodowo-wyzwoleńczą. I - paradoksalnie - ulegają impulsom płynącym właśnie z dziejów Rosji, na które sami Czeczeńcy od wieków pozostawali głusi. Pomysł Abd-assabura nie spodobał się dowódcy oddziału. "Jestem żołnierzem, a nie terrorystą oświadczył. Walczę z odkrytą przyłbicą, chociaż los Rosjan jest mi obojętny. Dla nas oni są brudni, zewnętrznie i wewnętrznie. Zgnilizna w duszy".
Dopiero tutaj, pod tchnieniem Rosji, ten Arab jak i wszyscy arabscy mudżahedini z islamskich brygad emira Hattaba, imama Fathi i innych oddziałów, mieli zapaść na ciężką chorobę duszy. Mistykę dynamitu poznali już wcześniej, w swoich ojczystych krajach, mistykę krwi na innych wojnach, w Afryce i Jugosławii. Tutaj, w Czeczenii, mieli poznać mistykę rozkładu. W ojczyźnie ze szczytu piramid patrzyły na Abd-assabura cztery tysiąclecia wielkiej historii. Tutaj lata niewoli. To dyktatorzy wykarmieni przez Rosję stworzyli w arabskim świecie najdziksze reżimy - Kadafi, Husejn, Asad.
Tresowanie terrorystów
Czeczeńcy mają bardzo dobre kontakty w świecie arabskim. Różne kraje islamskie, a raczej czeczeńskie diaspory w tych krajach, wspierają bojowników materialnie, dostarczają pomoc humanitarną. Chętnych do walki z bronią w ręku jest mniej - w pierwszej i drugiej wojnie z Rosją, w czeczeńskich szeregach walczyło łącznie kilkuset mudżahedinów z zagranicy. Chociaż nie było wśród nich ani jednego Afgańczyka, czeczeńscy emisariusze nawiązali kontakty z talibami. Można przypuszczać że informacje, opublikowane przez wicepremiera czeczeńskiego rządu Achmeda Zakajewa w niewielkiej książeczce "Wahhabizm - kremlowska szczepionka przeciwko ruchowi narodowo-wyzwoleńczemu", wydanej w Urus-Martanie w 2000 r., a zatem jeszcze przed pamiętnym 11 września, pochodzą z solidnych źródeł.
"Autorytarne reżimy w kilku państwach Bliskiego Wschodu karmią swoje narody bajkami o amerykańskim zagrożeniu, zrodzonymi jeszcze w okresie aktywnej konfrontacji amerykańsko-sowieckiej. Te reżimy zdobywały władzę w swoich krajach według scenariusza i przy poparciu Moskwy. Rozwiązanie konfliktu palestyńsko-izraelskiego pozbawiłoby tych dyktatorów ideologicznego podłoża, a razem z nim władzy.
Obok tych krajów - Syrii, Iraku, Libii - "odrodzona" Rosja ma innych zwolenników w zakresie palestyńsko-izraelskiego konfliktu. Hamas, Hezbollah, Osama ben Laden i "Szakal" - to jedynie widoczna część międzynarodowego towarzystwa organizacji terrorystycznych i samotników, stworzonych w swoim czasie przez ZSSR i wytresowanych w specjalnych obozach. Obawiamy się, że ofiarna działalność "bojowników za wiarę" i "bojowników przeciwko amerykańsko-izraelskiej przemocy" może być wykorzystana pełną mocą w związku ze zdecydowanym dążeniem Kremla do sklecenia międzynarodówki antyterrorystycznej. Słowa o zagrożeniu "islamskim terroryzmem", którymi Rosja szczodrze szafuje, należy od czasu do czasu i gdzie niegdzie wesprzeć działaniem, co możemy ostatnio obserwować w starciach w Palestynie oraz będącym ich konsekwencją ataku na amerykański okręt wojenny.
USA przecież nigdy nie walczyły przeciwko krajom muzułmańskim i nie prześladowały muzułmanów. To Rosja od wieków walczyła z muzułmanami, tępi ich i do dzisiaj trzyma w kolonialnej zależności dziesiątki muzułmańskich narodów. Z jakiegoś powodu jednak przez wiele lat "terroru islamskiego" nie było przypadku zamachu na sowieckich bądź rosyjskich obywateli, nikt nie wysadzał w powietrze wojskowych i dyplomatycznych misji ZSSR, samobójcy nie taranowali sowieckich okrętów wojennych, nie burzyli centrów handlowych.
Mamy oto dwie strony jednego medalu: nihilizm, zapatrzony w łunę płonącą nad ziemskim globem, i religijny fundamentalizm, ślepy fanatyzm, nie ważne - islamski czy jakikolwiek inny - który na zgliszczach cywilizacji chce szerzyć jedynie słuszną wiarę. W istocie - takie same ideologie śmierci, wykwity tego samego, zatrutego źródła.
Imperia umierają w konwulsjach. Afganistan, Czeczenia, rosyjscy komandosi masakrujący łopatkami saperskimi tłum na ulicach Tbilisi, separatyzmy abchaski i osetyjski, specnaz pod wieżą telewizyjną w Wilnie to widoczne dla wszystkich objawy tego procesu. Są i takie, których na pozór nie sposób wytłumaczyć, ale które wpisują się w logikę ukrytych przyczyn i widomych skutków.
W tym samym czasie, gdy terroryści Zachodu oddawali się swoim tradycyjnym zajęciom - od czasu do czasu któryś strzelał bądź detonował bombę w kraju Basków czy w Ulsterze, świat powoli oplatała pajęczyna konspiracji, o jakiej nie śnili w najkoszmarniejszych snach analitycy FBI. Ludzie-torpedy, którzy zgładzili World Trade Center wraz z kilkoma tysiącami ofiar, nie wzięli się znikąd. To najmłodsze pokolenie fanatyków terroru; aby poznać etiologię ich obłędu, trzeba zaglądnąć w biografie ojców.