NA WSCHÓD OD ZACHODU
Jerzy POMIANOWSKI
Suwerenności Polski nie zagraża wejście do Unii Europejskiej. Włochy, nie tylko nie straciły suwerenności po wejściu do UE, ale dopiero ta ich nowa sytuacja poskromiła tendencje odśrodkowe Ligi Północnej i pomogła w integracji upośledzonego Południa (Mezzogiorno) z resztą kraju. Ograniczenie suwerenności państwa we wspólnocie równoprawnych podmiotów sprowadza się w istocie do rezygnacji władzy krajowej z wszechmocy w stosunku do obywatela i jego uniwersalnych praw, oraz uwaga! do wykluczenia agresji (także ekonomicznej) w stosunkach między członkami unii.
Jedynym ich poważnym zmartwieniem powinno być, aby nikt nie był ani hegemonem, ani hamulcowym.
Nasza niepodległość była zagrożona i uległa na półtora wieku zatracie, ponieważ fatalnej sytuacji geopolitycznej kraju nie potrafiły zaradzić jego siły wewnętrzne. Nie umiały zmienić ustroju, organizacji militarnej i systemu prawnego tak, aby w porę zrównoważyć nacisk zewnętrzny. Gdyby dziś pojawili się zaborcy, Polska znów była by skazana na klęskę, bo grabieżczy stosunek do państwa większości partii i sobkostwo wielkich grup społecznych stwarza sytuację zadziwiająco podobną do wewnętrznego stanu kraju w końcu XVIII wieku. Upiorną tę wizję uwydatnia jeszcze wiara w przyrodzoną mądrość sarmacką i lekceważenie sojuszników, razem z ich przekonaniami.
Bezpieczeństwo Polski, ba, jej samodzielność i polityczna swoboda, zależą dziś przede wszystkim od naszej suwerenności energetycznej. Ta z kolei zależy od zróżnicowania źródeł surowców. Rura stała się wężem morskim, wracającym regularnie na łamy Kultury paryskiej, a potem paru pism krajowych, ale papier głuszy echa.
I oto 18. Lutego 2004 Gazprom zakręcił kurek. 19-tego zabrakło paliwa dla polskiej wielkiej chemii. Gaz i ropa bluzgały z głośników radia i TV. Przypomniano sobie o nieszczęsnej umowie jamalskiej, o niedoszłym kontrakcie z Norwegią. Nic jednak nie zmieniło się dotąd w samej rzeczy. A rzecz to nie mała. Nie tylko ze względu na jej ciężar własny. Jest sygnałem, że są w toku procesy wysoce szkodliwe i dla Polski, i dla samej Rosji. Polskę wpędzono w uzależnienie. Rosję pcha się na stary szlak imperialny, którym nie tak dawno dotarła na sam skraj przepaści. Oto przykład.
W numerze 7 moskiewskiego Eksperta (z 23-29 lutego 2004) redakcja pyta Aleksandra Rahra, dyrektora w niemieckiej Radzie Polityki Zagranicznej, co doradziłby Putinowi, gdyby go rosyjski prezydent spytał. Oto odpowiedź:
Rosja powinna bardzo uaktywnić politykę w krajach Europy Wschodniej, zwłaszcza tam, gdzie prowadzi interesy. Weźmy taki Jukos, Łukoil, albo Gazprom, toć one dawno już mają swoje kolosalne lobby w tych krajach, bo skupują tam całe fabryki z bebechami, są wielkimi graczami na politycznej i gospodarczej arenie tych krajów ale polityka państwa rosyjskiego) za tym nie nadąża, nie ma jej, nie widać jej. Rosyjskie wpływy gospodarcze tam są, politycznych natomiast jeszcze nie ma.
Jak widać, zdarzają się wciąż politycy, którzy tęsknią za starym porządkiem jałtańskim i wygodami, jakie ich rzemiosłu zapewniało istnienie sfer wpływów. Nie pachnie anachronizmem przypominanie o tych zjawiskach. Ale w parku jurajskim znalazły przytułek nie tylko dinozaury z Rosji i Niemiec.
Wartość całego produktu krajowego wynosi w Rosji koło 380 miliardów dolarów rocznie, czyli 15% PKB Stanów Zjednoczonych. Jest tego trochę więcej niż w Holandii, gdzie PKB wart jest 313 miliardów. Ale z tej sumy przypada na jednego Holendra 20.500 dolarów rocznie, zaś z rosyjskiego PKB przypada na głowę obywatela 1.750 USD, tj 11 razy mniej. Rozwój Rosji krępowany jest przez jej zależność od surowców. Nie cudzych, ale własnych. Z wielu innych czynników, tarasujących Rosji drogę do intensywnej gospodarki, do racjonalnej polityki, do współżycia z sąsiadami bez budzenia w nich wrogości i trwogi wybieramy ten właśnie, z pozoru paradoksalny. Także dlatego, że zależność budżetu od eksportu surowców daje oparcie tym siłom politycznym, które ciągną Rosję wstecz, na stare, sowieckie tory.....Zgodnie z biuletynami Banku Rosji i Ministerstwa Rozwoju Gospodarki FR - w pierwszym półroczu 2002 eksport Rosji (za granice b.ZSSR) składał się w 58,5 % z produktów mineralnych, tj przeważnie z ropy, gazu, mazutu, nafty i tp. Dodajmy do tego ścier drzewny i drewno 5, 5 %, oraz metale, tj głównie rudę i surówkę 16, 3%. Daje to razem ponad 80% towarów, wywożonych za walutę. Mechanizmy i maszyny, włącznie z samochodami, ciągnikami i kombajnami rolniczymi, zajmują zaledwie 7,5% przestrzeni statystycznej.....
W dziedzinie podstawowej, w energetyce, od której zależy tak ruch fabrycznych maszyn, jak światło i ciepło w mieszkaniach, szpitalach, czy koszarach, Rosja potrzebuje 2,5 miliardów dolarów rocznie tylko po to, aby utrzymać obecny stan rzeczy. Czubajs, twórca monopolu energetycznego RAO JES, żąda co najmniej 50 miliardów, aby w ciągu najbliższych 10 lat uniknąć katastrofy tego holdingu, bo wyposażenie elektrowni zużyte jest już w 60%, a 150.000 km linii wysokiego napięcia wymaga codziennych napraw.
Nie ma w Rosji takich kapitałów. Gdyby prywatni inwestorzy nawet je mieli, to czują się raczej niepewnie po kłopotach, jakich Putin przysporzył niektórym oligarchom. Tu konieczne są inwestycje zagraniczne. Tzw. atrakcyjność inwestycyjna Rosji wzrosła: w rankingu znanej agencji Kearneya skoczyła z 32-go miejsca na 17-te. Ale w pierwszym półroczu 2002 inwestycje bezpośrednie przyniosły Rosji z zagranicy 1.872 mln.USD, o jedną czwartą mniej, niż przed rokiem. Prawie połowa 887 mln - przypadło na przemysł, zaś na handel żywnością - 621 mln. Z ostrożnością, jaka jest wskazana przy każdym opisie stanu i perspektyw Rosji, możemy założyć, że tu zbliżamy się do sedna sprawy. Napływ kapitału zachodniego jest dla Rosji Putina, Czubajsa, Grefa, Iłłarionowa sprawą gardłową. To, co przeszkadza, postarają się usunąć. Duma da się przekonać, że warto uchwalić wreszcie gwarancje dla obcego kapitału, legalnych zysków, patentów i licencji. Gorzej będzie z przepchaniem tego planu przez rury Gazpromu. Kolosalny ten koncern uchodzi za główny filar całej rosyjskiej gospodarki i czuje się uprawniony do jej sterowania. Otóż kierunek, który ten ster wyznacza, wydaje się nawet życzliwemu oku sprzeczny z celami polityki gospodarczej nowej ekipy Putina. Pierwszym z tych celów jest modernizacja, drugim centralizacja decyzji, trzecim, może najważniejszym, nakierowanie tych decyzji na przemianę marnotrawnej, ekstensywnej gospodarki, wymagającej ciągłej ekspansji - w gospodarkę intensywną, obliczoną na ulepszanie produkcji i powiększanie chłonności rynku wewnętrznego. Czyli na zaspakajanie potrzeb własnych obywateli bez konieczności krzywdzenia obcych. Ale Gazprom zajmuje się głównie eksploatacją surowców. Z natury rzeczy zainteresowany jest przetrwaniem tradycyjnych swoich odbiorców dinozaurów z jurajskiego parku przemysłu państwowego. Jest ich sponsorem i ma z tego profit nie tylko pieniężny.
Gazprom mógłby może podjąć się inwestowania tak nieodzownych i pilnych reform. Nie nadaje się do tego, choćby ze względu na zwłokę, jaką wymusi wieloletnia budowa rurociągów, ssących ropę i gaz z zauralskich odwiertów. Zasadniczą przeszkodą jest konflikt między reformatorami (rzecznikami rynku i modernizacji rodzimej gospodarki) a postkomunistyczną klasą polityczną (obawiającą się zmian i przywykłą do ręcznego sterowania). Gazprom walczy o rynek niewolny, rynek przymusowy - w Rosji, w Bułgarii, w Polsce, a nawet w Norwegii, skądinąd zasobnej w gaz. Byle by go Polsce nie sprzedała. Przeczy to twierdzeniu wiceprezesa Gazpromu Rodionowa: Nie mamy wcale ekspansywnych zamiarów. Mamy z głowy na 20 lat projekty na europejskim rynku. Chcemy jedynie zachować naszą część rynku...
* * *
Jest w interesie Polski jasne opowiedzenie się po stronie rosyjskich reformatorów, to oczywiste. Ich skupienie się na wzmocnieniu Rosji od wewnątrz ogranicza możliwość nawrotu imperialnych ambicji. Widzimy z satysfakcją, jak konieczności gospodarcze wpływają na zwrot nowej Rosji ku współpracy z Zachodem. Ten motyw jest solidniejszy od konwergencji w walce z terroryzmem; chwilowo sprowadza się ona do zgody na usmirienije Czeczenii.
Musimy też powiedzieć szczerze rosyjskim rozmówcom politycznym, że przeszkadza naszej satysfakcji widoczna gołym okiem różnica między oficjalną polityką reform w Rosji a działaniami Gazpromu, jakie wydają się sprzeczne nie tylko z interesem Polski, ale i z nowym charakterem rosyjskiej polityki zagranicznej. Gazprom i związane z nim naftowe kompanie rosyjskie ( Łukoil, Jukos) wiele zrobiły, aby uzależnić kraje b. Obozu, w tym Polskę, od dostaw wyłącznie rosyjskiego paliwa. Jest to polityka anachroniczna. Nie tylko budzi u nas antyrosyjskie demony, ale może obrócić się przeciw gospodarce samej Rosji. Stawia ją w pozycji emira, siedzącego na złocie i ropie, lecz kupującego zapalniczki zagranicą. Polski import z Rosji składał się w 2001. w 87,53% z paliw mineralnych i ich pochodnych. Jesteśmy już praktycznie uzależnieni od rosyjskiego gazu, surowca strategicznego. Dywersyfikacji dostaw nie przeprowadzono. Zależność taka jest niezdrowa. Podzieliła już nie jedno stadło, tym bardziej nie pozwala na równoprawne sąsiedztwo...
Zależność Polski od paliwowego monopolu zapala w Rosji zielone światło klasie politycznej, wrogiej nowemu kursowi, a marzącej o powrocie i do dawnej polityki, i do ekspansji terytorialnej, ściśle związanej z rabunkową, ekstensywną gospodarką. Nie są to siły bagatelne i obojętne dla władzy centralnej. Ankieta WCIOM wykazała w październiku 2002, że tylko 8% obywateli FR sprzeciwiło by się czynnie ewentualnemu bolszewickiemu przewrotowi, 23% przeszło by na stronę bolszewików, 20% zgodziło by się na kolaborację, a jakieś 16% - na emigrację. Zjuganow i jego partia straciły mir. Tym bardziej rzecz zastanawia. Ta sama ankieta wykazała, że niechęć do USA wzrasta: w r. 2000 żywiło ją 25% rosyjskich respondentów, w 2002 33%.
* * *
Nie trzeba zwalać winy za wszystkie polskie kłopoty na Rosjan, ani demonizować Gazpromu. Robi to, czego nauczył się w sowieckiej szkole. Bez naszej pomocy nie dałby rady. I nie czerwoni nam ten gaz ściągnęli z Syberii, z nord-ostu. Był i jest potrzebny, ale krzywdzącą nas umowę zawierał wicepremier Goryszewski z ZChN, a później kontrasygnował lewicowiec p. Pol. Winę ponoszą wszystkie partie i rządy ostatniej dekady.
Przede wszystkim za brak konsekwentnej polityki wschodniej, a nawet poczucia jej potrzeby.
Po drugie za to, że w braku konceptu przyjęto tezę o pierwszeństwie gospodarki przed polityką, co oznacza wystawienie na przetarg nawet podstawowych interesów narodowych i strategii państwowej
Po trzecie za praktyczne odrzucenie koncepcji Giedroycia, jedynego zbornego programu polityki zagranicznej, jaki mógł być stosowany w zupełnie nowej sytuacji geopolitycznej Polski gdy nagle przestała być orzechem między dwoma kamieniami młyńskimi. Chodziło o utrwalenie tego stanu rzeczy. Program dał się sprowadzić do przykazania: jak najlepsze stosunki z Rosją byle nie kosztem wspólnych sąsiadów, zwłaszcza Ukrainy....
Nie Rosja jest nieprzewidywalna, lecz raczej Polska.
Rosja ma do wyboru tylko dwie drogi. Jedną - do odwołania reform i powrotu na szlak ekspansji (z pomocą jeśli nie broni palnej, to gazu palnego ) słowem, drogę do konfrontacji z Zachodem. Albo wybierze drogę transformacji gospodarczej, swobodnej wymiany dóbr, idej, myśli, współpracy z sąsiadami i równego udziału w strukturach, jakie Zachodowi zapewniły już dobrobyt.
Zdaje się, że tę drogę wybiera, choć wielu Rosjan tęskni za tamtą.
Nie życzy dobrze ani Polsce, ani Rosji ten, kto kusi ją do powrotu na przetarty, stary szlak. Wiktor Jerofiejew, dobry pisarz, tę rzecz tak ujął:
Nie, Rosjanie nie dokonali wyboru, utracili raczej jego możliwość. Innej drogi niż ta, którą podąża Zachód, po prostu już dla nich nie ma. Z wyjątkiem drogi wiodącej w przepaść.